Kim jestem i jaki jest cel tego bloga?

Blog ten będzie skupiał się głównie na moim dążeniu do pozbycia się nadwagi. Nie sądzę jednak, że będzie to jedyny poruszany tutaj przeze mnie temat. Pojawią się pewnie także moje przemyślenia, różne akcje, które podejmuję (teraz na przykład zapuszczam włosy... ciekawe, co z tego wyjdzie). Mimo wszystko głównym tematem tego bloga będzie moja dieta, siłownia, uzyskiwane przeze mnie efekty.

Ale może zacznijmy od początku. Prawdę mówiąc, przynajmniej na początku, nie chcę podawać o sobie zbyt wielu informacji. Nie ukrywam, że w tej chwili wizja tego, że ktoś spośród moich znajomych natknąłby się na tego bloga i dowiedział się ile ważę, czy jakie są moje wymiary, jest dla mnie przerażająca. Problem nie tkwi w moich znajomych - znajduje się on w mojej głowie. Temat mojej (nad)wagi jest dla mnie dosyć drażliwy, po prostu się jej wstydzę. Choć zdaję sobie z niej sprawę, rozmawiam o tym z chłopakiem czy znajomymi, nadal boję się mówić o konkretnych cyfrach, jakby cokolwiek miało to zmienić. Dlatego powiem o sobie tylko kilka rzeczy. Na temat swojej wagi oczywiście będę pisała wszystko - w końcu jaki byłby cel tego bloga, gdybym coś ukrywała?


KIM JESTEM? - moja historia i moja MOTYWACJA.

Mam na imię Julia i uczę się w liceum. Od kiedy pamiętam zawsze miałam nadwagę - już jako mała dziewczynka w podstawówce byłam dużo większa od reszty dzieci, zarówno pod względem wagi, jak i wzrostu. "Wyrośnie", mówili wszyscy, "przecież dzieci wyrastają z nadwagi". Nie wyrosłam, a złe nawyki ze mną pozostały. Lata spędzone w szkole podstawowej były dla mnie ciężkim okresem. Spotkałam się tam z wieloma nieprzyjemnymi sytuacjami, które pogłębiły mój problem - od wyzwisk zaczynając, na pluciu i innych tego typu zachowaniach kończąc. Ogólnie nie było zbyt fajnie, a stres i smutek po prostu zajadałam; przecież nauczono mnie, że jedzenie jest w porządku. Sama nie wiem kiedy w wieku może 10-11 lat przekroczyłam 100kg przy 172cm wzrostu. Było naprawdę nieciekawie, a moja babcia z którą mieszkałam wydawała się tego nie widzieć. Moja najwyższa waga wynosiła około 110-115kg. Było to na początku gimnazjum. Nadal ciężko mi patrzeć na zdjęcia z tego okresu.

Pewien przełom wystąpił we mnie, gdy spędzałam wakacje u cioci. Właściwie to dzięki niej wszystko się zaczęło. A początek był niewinny - najpierw wyprawa do parku narodowego, na olbrzymie ruchome wydmy, masa drogi pod górę, na piasku który wydawał się bez przerwy osuwać się spod nóg. To był mój pierwszy sukces - udało mi się dotrzeć na sam koniec trasy, do plaży, a później wrócić. Może brzmi to żałośnie z perspektywy wielu osób, ale dla mnie było to coś - byłam wykończona, a w pewnej chwili bliska poddania się, co pewnie bym zrobiła, gdyby nie wsparcie, które otrzymałam. Później kilka wycieczek rowerowych, dużo zwiedzania, warzywa zamiast kolacji i mniej czasu na jedzenie. Pamiętam, że w ciągu 2 tygodni schudłam 12 kilogramów, nawet nie odczuwając, że coś w tym celu robię. Nic dziwnego - moja nadwaga była na tyle duża, że kilogramy znikały naprawdę szybko. Choć nadal ważyłam dużo za dużo, to było naprawdę cudowne uczucie.

Później wszystko poszło samo - poszłam na siłownię, zaczęłam liczyć kalorie. Na początku jadłam ok 1300 kalorii i jeździłam na rowerku. Ostatecznie zeszłam do niecałych 1000 kalorii dziennie i biegania. Było to głupie, bo jadłam po 900 kalorii, a dodatkowo spalałam na bieżni po 450-500 kalorii. Zdawałam sobie z tego sprawę, ale to było silniejsze ode mnie. Teraz tego żałuję, bo wiem, że mogłam sobie zrobić dużą krzywdę, gdybym to kontynuowała. W ten sposób zeszłam to 79 kilogramów przy wzroście 173cm.

W pewnej chwili moja motywacja się urwała. Przyszły święta, masa pokus. Siłownia na którą chodziłam została zamknięta, a wszystkie inny były dość daleko od mojego domu. Co prawda wystąpiły próby powrotu do diet, a także próba wrócenia na siłownię, ale fakt, że siłownia była na tyle daleko, że w połączeniu ze szkołą wracałam do domu po 20:00 i nie miałam na nic czasu, szybko ostudził mój zapał. W ciągu roku przytyłam około 8 kilogramów.

Teraz jednak dostałam olbrzymiej ilości motywacji. Tupnęłam nogą i mówię "NIE". Nie zgadzam się, by tyle wyrzeczeń, potu i ćwiczeń poszło na marne. Zdaję sobie sprawę z tego, ile do tej pory kosztowała mnie moja nadwaga i nie chcę, by kosztowała mnie jeszcze cokolwiek. Bo czy chwila słabości czy lenistwa jest warta tego wszystkiego, co do tej pory mnie spotkało? Przypomniałam sobie o tym, ile radości dawało mnie posiadanie kontroli nad swoimi słabościami, jak motywujące było poczucie zmęczenia po ćwiczeniach, ile pozytywnej energii dodawały zakwasy, jak miło było biec 5 minut dłużej niż zwykle (przecież to dowód na to, że walczę, że POKONUJĘ swoje słabości).

Poszłam do sklepu, kupiłam odpowiedni strój, buty, shaker, zdobyłam białko. Teraz chcę zrobić to mądrzej - bez ryzykowania własnym zdrowiem, dla siebie, ale też dla mojego chłopaka.


...WIĘC PO CO TEN BLOG?

Myślę, że chcę go potraktować jak swojego rodzaju pamiętnik, który doda mi pewnej motywacji, poczucia zobowiązania, celu. Po prostu lubię dzielić się z innymi takimi rzeczami, tak samo, jak lubię pisać. A może przy okazji uda mi się kogoś zmotywować? Co prawda blog jest jeszcze w formie roboczej, jednak będę pracowała nad jego wizualnymi aspektami - po prostu nie chcę przedłużać zakładania go. :)

W następnym poście pojawią się informacje o mnie - moja aktualna waga, wymiary oraz cel, który chcę osiągnąć.

Trzymajcie kciuki i chwalcie się swoimi osiągnięciami! Myślę, że powinniśmy się wspierać w tym, co robimy - to naprawdę dużo daje.


Komentarze